środa, 21 czerwca 2017

Witam serdecznie w tym nieserdecznym roku...

Witam wszystkich w moim pierwszym poście w roku 2017. Tak się złożyło, że pojawiła się półroczna przerwa na moim blogu, czego się nie spodziewałam - i przyznam szczerze - kiedyś bym się tego wstydziła. Jednak kiedyś, to nie dzisiaj i zaraz Wam to wszystko wytłumaczę. 
 Zacznę od tego, że wyżalę się tutaj, jak gówniany jest ten rok. Nie wiem, czy dla Was też, ale dla mnie i dla moich bliskich to jest najgorszy czas. Już od pierwszego tygodnia stycznia wszystko się posypało - dostałam negatywną odpowiedź FLEXu. Hektolitry łez i godziny spędzone w pokoju. Potem, gdy zaczęło się powoli układać - wszystko się rozsypało i zmiotło mnie z efektem lawiny - z małej błahostki zrobiła się rzesza problemów. I tak do końca kwietnia. W maju, gdy wydawało mi się, że zaczyna mi się układać - ponownie rypło z lekka na ryjek. I tak do teraz. Seria porażek i niepowodzeń. Czemu się teraz tak żalę? Bo to się ściśle wiąże z blogiem.
Gdy przeżywałam ponure miesiące, całkowicie straciłam jakąkolwiek radość z tego, co piszę. Wszystko wydawało mi się bardzo słabe, nieklejące się kupy, a w dodatku nudne i to tak, że nikt - nawet wierna Zjaweła - nie chciałaby na to spojrzeć. Najnowszy rozdział piszę od końca 2016 i nadal go nie skończyłam. I nie skończę...
Whaaaaaaat?! 
Tak. W mało efektowny sposób zamykam tego bloga. Nie układa mi się w sprawach prywatnych, więc jak ma mi się układać tutaj?
Straciłam wenę, a co ważniejsze - radość z prowadzenia tej historii. Ponadto musicie zrozumieć, że zakładając bloga byłam noł lajfem, który cały weekend spędzał na pisaniu tego. Obecnie rzadko jestem wieczorem w domu, poświęcam się najwspanialszej przyjaźni, jaka mogła mi się przytrafić. Więc prowadzenie bloga z rangi przyjemności, którą kocham, stało się nużącym obowiązkiem, na który brakuje mi i czasu, i siły. Więc stąd taka decyzja.
Gdyby jeszcze dawało mi to radość, nie odeszłabym. Ale obecnie mało co daje mi radość, więc nie chcę się zmuszać do czegoś, czego robić nie chcę. Decyzja zapadła ponad miesiąc temu, więc jest nieodwracalna. Nikt mnie już nie przekona, naprawdę. Mój zapał i miłość do tego bloga odeszły wraz z 2016 rokiem. Z 2017 przyszło natomiast zmęczenie i najzwyczajniejszy pech.
Oczywiście, nie będę taka okrutna i nie odejdę bez słów wyjaśnień. Nie mam na myśli tych powyżej, powodów, dla których to koniec. Chodzi mi o wyjaśnienie, co stało się z Rery, kto kolejny umrze i najlepsze - DLACZEGO CZAPLA?
Nie jestem taka okrutna. Mam plan, że moje perełki, te, które jeszcze dają mi satysfakcję z udostępnienia ich Wam, opiszę w kolejnych postach. Najlepsze z nich, splotą rozdziały. Mam nadzieję, że jeszcze Was pozytywnie zadziwię. Bo to nadal kocham.
Wszystko będzie uwzględnione, nic nie pominę, to Wam mogę obiecać. Ale mogę również obiecać, że zanim wszystko stanie się jasne, minie trochę czasu. Muszę przezwyciężyć wewnętrzną blokadę do pisania. Ale nie martwcie się - wkrótce to pokonam.
Jeśli chodzi o moje dalsze losy z pisaniem - uwaga - to nie koniec. Wydaje mi się, że po prostu proza nie jest mi pisana (pisana, hehe. Ale sucharek mi wyszedł). Może kiedyś powstanie inny blog, może o bardziej przyziemnej tematyce, może jakiś "pamiętnik zranionej nastolatki" wzorowany na perypetiach Natalii Żywickiej 2k17. Kto wie, co mi przyjdzie do głowy. Na dzień dzisiejszy muszę odpocząć od blogosfery.
Nie wiem, co jeszcze mogę dodać. I tak ten post jest bardzo chaotyczny, ale to chyba przelanie moich tegorocznych myśli.
Z tego miejsca bardzo chcę Was prosić o odzew. Mimo tego, że Was zawiodłam i powinniście to olać, to chciałabym, żebyście wyrazili swoje zdanie na ten temat. Bo ja już wiem, co o tym myśleć, ale chciałabym znać Wasz punkt widzenia.
W razie potrzeby będę edytować post i dodawać kilka informacji.
Trzymajcie się ciepło w tym cholernym roku
Natalia
PS Nawet nie wiecie, jak mi przykro, że nawet Was zawiodłam

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Rozdział 25: Chopin, papierosy i słodkie wino


Witajcie kochani!
Przychodzę do Was ze świątecznym rozdziałem, który ze świętami ma tylko wspólny miesiąc. Powoli już się ogarniam, więc być może rozdziały nie będą miały tak ogromnych przerw. Rozdział dedykuję Marlenie i Ewelince jako rozwiązanie koperty 13 ;) Eweliniu, dziękuję, że czasami słuchasz moich rad i możesz być moją Dor :*    
        
Pierwszy tydzień grudnia był niezwykle ciężkim początkiem miesiąca dla Gryfonów z siódmego roku. Śmierć obojga rodziców Lily nie tylko przynosiła ogrom bólu rudowłosej, ale również jej przyjaciołom, którzy dowiedziawszy się o tej tragedii, zdali sobie sprawę, że coraz częściej odczuwają na własnej skórze zło Lorda Voldemorta. Mimo tego, żadne z nich nawet nie wspomniało o zmianach swoich planów dotyczących życia po skończeniu Hogwartu – każde deklarowało przyszłe przyłączenie się do Zakonu.
            Kolejną trudnością, która zdawała się igrać z Gryfonami, była nadchodząca pełnia. Teraz, gdy Lily wiedziała o tajemnicy Huncwotów, spadła na nią odpowiedzialność, jaką była ochrona Mary. Wspomniana blondynka od czasu minionej tragedii obrała inną taktykę działań, a mianowicie ciszę – nikomu, nawet Remusowi, nie chwaliła się swoimi planami co do wypraw do Lasu. Przyjaciele podejrzewali, że było to spowodowane traumą, jaką przeżyła po obrażeniach ze strony wilkołaka.
            Huncwoci mogli się założyć o swoją Perełkę – Mapę Huncwotów, że Mary tak łatwo nie odpuści, mimo tego, że ostatnią wyprawę prawie przypłaciła życiem. Nie wiedzieli, co kierowało ją do takich czynów – żądza przygód, uzależnienie od adrenaliny, czy głupota. Cokolwiek by to było, było na tyle silne, że Mary planowała swoją kolejną wyprawę do Zakazanego Lasu...
            Pełnia wypadała następnego dnia, a Huncwoci dalej nie wiedzieli, co dokładnie zrobić. Wyjścia z sytuacji były dwa: albo Remus musiał powiedzieć jej prawdę, albo jakimś sposobem musieli utrzymać ją przez pełnię w zamku. Oba rozwiązania jednak nie należały do najłatwiejszych: Lunatyk prędzej wyśmiałby profesor McGonagall, niż dobrowolnie wyjawił sekret dziewczynie swoich marzeń. Natomiast utrzymanie Mary w zamku było tak proste, jak walka z Bazyliszkiem.
            - Musisz w końcu zdecydować. - Powiedział w przeddzień pełni Syriusz, kiedy wszyscy siedzieli w dormitorium dookoła małego, zniszczonego urządzenia – zwabia cza Mary, który przynieśli z Zakazanego Lasu. - Przypominam, że został ci dzień na podjęcie decyzji…
            - Jak jesteś taki bystry, to może zamienisz się ze mną – burknął zdenerwowany Remus, który już zaczął odczuwać negatywne działanie Księżyca. - Zobaczymy, czy wtedy byłbyś taki pewny siebie…
            - Może przestaniesz się kłócić i wreszcie podejmiesz jakąś decyzję? - zaproponował znudzony Peter, którego cała sytuacja zaczynała nużyć. Opierał się o kolano i patrzył na zniekształcony metal leżący przed nim. - Bo tkwimy w martwym punkcie… od dłuższego czasu…
            - Chłopaki, naprawdę to nie… - zaczął Lupin, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi. Po chwili w progu stanęła Lily. Wyglądała, jakby była na coś chora – blada twarz, oklapłe kosmyki i przygaszone oczy. Po śmierci rodziców stała się nieobecna, jeszcze bardziej poprawna i niezwykle… cicha. Wyglądała, jak snująca się między uczniami zjawa.
            Gdy weszła do pokoju, uśmiechnęła się smutno do przyjaciół i szybko usiadła w kole obok Jamesa. Chłopak spojrzał na nią krzepiąco i wziął ją za rękę.
            - Ruda, ty jesteś mądra – zaczął Syriusz, a Lily po raz kolejny wykrzywiła usta w smutnym uśmiechu. - Może ty pomożesz Luniowi podjąć jakąś decyzję… - powiedział i wskazał na przyjaciela, który niespokojnie siedział po turecku.
            - Chyba już znasz moje zdanie, Remusie… - stwierdziła spokojnym głosem Evans, patrząc na przyjaciela. - To jest najbezpieczniejsze rozwiązanie. - Powiedziała.
            - Lily ma rację, Luniek – dodał Rogacz. - Tutaj liczy się bezpieczeństwo Pyźki…
            - Niczego nie rozumiecie! - krzyknął i zaczął mocniej oddychać. - Jeśli się dowie, będzie na mnie patrzyła tylko, jak na obiekt badań! Nie będę dla niej sobą, tylko potworem, na który trzeba zastawiać pułapki! - Tutaj wskazał na stojący przed nimi, zniszczony zwabiacz. Gdy Huncwoci w ciszy myśleli o tym, co powiedział, Lily rozejrzała się, łącząc ze sobą wątki.



      
      - Tutaj nie o to chodzi… - powiedziała niepewnie, a Remus zwrócił swoje zmęczone spojrzenie na jej osobę. - Nie obawiasz się tego, że będzie cię traktować, jak wilkołaka – powiedziała, a Remus drgnął minimalnie na swoim miejscu. - Ty się boisz, że ją stracisz. Musisz…
            - Spróbuj mnie zrozumieć! - krzyknął do niej Remus, a James ruszył się nerwowo. Lily opanowała go ruchem dłoni i przeczekała wybuch złości Lupina. Chłopak jednak nie odezwał się już, tylko wstał i podszedł do okna. Odwrócony od przyjaciół, przyglądał się srebrnej tarczy Księżyca. Zaraz poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Oddychając ciężko ze złości, spojrzał na satelitę Ziemi.
            - Ona mnie znienawidzi… - wyjaśnił już ciszej i spokojniej. Spróbował oddychał równomiernie, a następnie spojrzał w prawo i dostrzegł bladziutką Lily wymuszającą pokrzepiający uśmiech.
            - Remusie – zwróciła się do niego miłym głosem. - Zmiany są trudne, wywołują strach i niepewność. - Powiedziała i zrobiła pauzę, aby spojrzeć na jego zszarzałą twarz. - Ale jeśli chcesz czegoś lepszego, musisz znaleźć odwagę*. - Wyjaśniła, a Remus spojrzał na nią miodowymi oczyma. Było w nich coś, czego Lily nie potrafiła zidentyfikować. Coś w rodzaju… bezsilności…
            - Daj mi miesiąc… a jej powiem – mruknął pod nosem, patrząc na nią błagalnie.
            - Mówiłeś to miesiąc temu, Remusie – powiedziała Lily. - Nie możesz tego ciągnąć w nieskończoność…
            - Obiecuję, że jej powiem – rzekł głośno i wyraźnie, odwracając się do przyjaciół. - Ale potrzebuję czasu… - zamilkł, myśląc o czymś intensywnie i zaraz ponownie zabrał głos. - Pomóżcie mi ten ostatni raz ją zatrzymać, a przyrzekam, że powiem jej całą prawdę. - Gdy skończył, rozejrzał się po wszystkich. Widząc zgodę ze strony chłopaków, odetchnął z ulgą. Na koniec zatrzymał się na Evans. - Lily...? Pomożesz mi? - spojrzał na nią z oczekiwaniem. Ta jedynie kiwnęła głową.
            - Zawsze, Remusie…
***
            Wsłuchana w głuche echo swoich kroków, przechodziła kolejny raz obok zwykłej ściany, gdy nagle pojawiły się w niej stare drzwi. Zadowolona sięgnęła za ozdobną klamkę i czmychnęła do tajemniczego Pokoju Życzeń.
            Za każdym razem, gdy odwiedzała to miejsce, pomieszczenie wyglądało identycznie – brązowe ściany, ciemna, drewniana podłoga, a na niej miękki dywan oraz wygodna kanapa i niewielki stolik. Również towarzystwo w Pokoju Życzeń się nie zmieniało – za każdym razem spędzała tu czas z nikim innym, jak Alanem Grey'em.
            Tym razem również na nią czekał, czytając jakąś książkę z regału stojącego pod ścianą obok zegara z kukułką. Gdy zauważył Czarną, zatrzasnął czytany tom i uśmiechnął się szeroko.
            - Serwus, Meadowes – rzucił, szczerząc do niej zęby.
            - Siemasz, Grey – mruknęła, po czym zapadła się w miękką sofę. W tym czasie chłopak zdążył zauważyć, że nie miała dzisiaj najlepszego humoru.
            - Wszystko w porządku? - spytał, odkładając książkę na stolik. - Nie wyglądasz najlepiej…
            - Dasz mi papierosa? - spytała znienacka, co zamurowało chłopaka. Zamrugał kilka razy, zszokowany jej pytaniem.
            - Przepraszam… co? - spytał, myśląc, że się przesłyszał.
            - Dobrze słyszałeś. Pytam, czy dasz mi papierosa… - powiedziała, lecz chłopak nadal nie rozumiał.
            - Co ty…? - wydukał, ciągle oszołomiony całą sytuacją. Nie miał pojęcia, jak Dor dowiedziała się o jego tajemnicy.
            - Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi – uśmiechnęła się perfidnie, patrząc przed siebie. - Kiedyś wypadły ci z kieszeni i zostały na kanapie. Domyśliłam się, że palisz… - wyjaśniła.
            - Oł, ja… - wyjąkał, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Nie sądziłem, że wiesz…
            - A ja nie sądziłam, że możesz zatajać przede mną coś tak istotnego – burknęła, patrząc na niego z ukosa.
            - Przepraszam, Dor… - zaczął, zapadając się w kanapie w podobny sposób, co dziewczyna, aby być z nią na równym poziomie. - Nie chciałem ci tego mówić, bo pomyślałem, że nie będziesz w stanie tego zaakceptować – popatrzył w jej spokojne, jak ocean oczy. - Przepraszam…
            - Od kiedy? - brnęła dalej, chcąc poznać całą prawdę.
            Alan westchnął i parsknął:
            - Wszystko chcesz wiedzieć? - uśmiechnął się, przez co w jego policzkach pojawiły się malutkie dołeczki. Dorcas natomiast czekała na odpowiedź z dopracowaną miną pokerzysty. - Od roku… - odpowiedział, westchnąwszy, gdy zdał sobie sprawę, że nic nie ukryje.
            - Miałeś zamiar mi powiedzieć? - dopytywała go, niczym na posterunku.
            - Oczywiście, że tak – rzekł pewnie, przez co przez twarz Dorcas przez chwilę przemknął cień uśmiechu. - Po prostu nie wiedziałem, jak to zrobić…
            - Dobra, już się nie tłumacz. - Dziewczyna wyprostowała się i lekko szturchnęła go ramieniem. - Ale teraz mówię serio, daj mi papierosa. - Gdy to powiedziała, wyciągnęła rękę. Grey natomiast popatrzył na nią niepewnie, wahając się.
            - No nie wiem, Dor… - podrapał się po karku. - Nie powinienem ci dawać…
            - Niby dlaczego? - zdziwiła się, unosząc brwi do góry.
            - To nie jest zdrowa rozrywka…- powiedział, a Meadowes prychnęła.
            - Trzeba było tak wcześniej pomyśleć... – rzuciła i zaraz dodała. – Daj mi go.
            - Wolałbym, żebyś nie paliła – rzekł z pełną powagą.
            - A ja bym wolała, żebyś był ze mną szczery – zripostowała się, przez co Alan westchnął. Jego decyzja o zatajeniu prawdy przed Dor sprawiała mu lekkie wyrzuty sumienia, które teraz dawały mu się we znaki, gdy Czarna wypominała mu jego błąd. Nie miał więc dużego wyboru…
            Wyjął z tylnej kieszeni paczkę papierosów i czarną zapalniczkę, a Dorcas wyciągnęła po nie dłoń. Gdy miała je wziąć, Alan cofnął rękę.
            - Pierwszy i ostatni. - Wypowiedział warunek, gdy Meadowes patrzyła na niego zdziwionym spojrzeniem.
            - To chyba ja ci powinnam stawiać wymagania – kłóciła się.
            - Dor, proszę. - Niemal szepnął, patrząc na nią błagalnym wzrokiem. Dziewczyna mierzyła się z nim na spojrzenia, a po pewnym czasie cofnęła swoje.
            - No dobra. - Zgodziła się, po czym sięgnęła po zapalarkę i papieros. Zaraz wzięła pierwszego bucha, podczas gdy Alan patrzył na to z bolącym sercem.
            - Jeśli się dowiem… - zaczęła, po czym zaciągnęła się - ...że palisz, będę robić to samo. - Oświadczyła z powagą. - Oduczę cię palenia tego świństwa…
            Alan patrzył na nią uważnie i zaczął zdawać sobie sprawę, że Dorcas miała go w garści. Doskonale wiedziała, że nie chciał, żeby paliła, więc chciała to wykorzystać, aby odrzucić od niego ten nałóg. Zdawał sobie sprawę, że nie będzie mu łątwo, jednak miał w pamięci to, że jeśli będzie się poddawał uzależnieniu, będzie w to wciągał Dorcas…
Zmrużył oczy, patrząc na palącą Meadowes i pokręciwszy z dezaprobatą głową, wystawił jej język. Ta, widząc, że wygrała, prowokująco dmuchnęła mu dymem w twarz…






 ***
- Alice? - odezwała się tego samego wieczora Rose do leżącej na swoim łóżku przyjaciółki. Morrison oderwała się od czytanego magazynu i spojrzała pytająco na Collins.
- No? - spytała, opierając głowę o rękę. Rosalie oparła się o tralkę podpierającą baldachim, nerwowo obdzierając mechacące się kulki jej szmaragdowego swetra.
- Mam do ciebie małą sprawę… - powiedziała, spoglądając na dziewczynę niepewnie.
- Słucham. - Odpowiedziała zachęcająco, wkładając gazetę do szuflady swojej szafki nocnej.
- Chodzi o to, że… - zastanowiła się, robiąc pauzę. - Czy mogłabyś gdzieś ze mną pójść…?

Po kwadransie były już na miejscu. Rose rozejrzała się, a następnie otworzyła drzwi i wpuściła Alice do zapomnianego przez wielu Hogwartczyków strychu. Gdy tylko dziewczyny weszły do graciarni, uderzył je zapach kurzu i stęchlizny. Rose przeszła przez pokój, a następnie zatrzymała się przed nieszczęsnym fortepianem, który niespodziewanie odkrył tajemnicze zdolności Rosalie. Dziewczyna tamtego dnia była tutaj razem z Maxem i był on pierwszą osobą, która usłyszała jej grę…
- Mam ci zagrać? - zastanowiła się Alice, nie rozumiejąc zamiarów przyjaciółki. Dziewczyna umiała posługiwać się tym instrumentem już od małego, przez co myślała, że tego właśnie oczekiwała od niej Collins.
- Nie. - Zaprzeczyła i przejechała palcem po klapie klawiszy, jakby się zastanawiając. - Chcę, żebyś mnie posłuchała. - Rzekła z powagą wymalowaną na twarzy, po czym zasiadła na pufie. Następnie odsłoniła klapę i rozszerzyła palce na klawiszach. Alice oparła się o drewno instrumentu i z niedowierzaniem patrzyła na zachowanie przyjaciółki. Rose przez chwilę siedziała z przymkniętymi oczami, po czym nacisnęła pierwszy klawisz, sprawiając, że pomieszczenie wypełniła jednolita, piękna melodia.
Grała, jakby wyrwana z rzeczywistości, z lekko zmrużonymi powiekami. Jej palce zachowywały się, jakby miliony razy wygrywały tę muzykę. Alice patrzyła na to z oszołomieniem, kompletnie nie pojmując, skąd Rosalie posiadała tę umiejętność. To wszystko zdawało się takie niedorzeczne…
Gdy dziewczyna skończyła grać, spojrzała z bezradnością na przyjaciółkę. Ta natomiast w swoich oczach miała ślad niedowiary.
- Co o tym sądzisz? - spytała cicho, ciągle przerażona swoją tajemniczą umiejętnością.
- Cóż… - zastanowiła się Morrison, siadając na fortepianie. - Wydaje mi się, że całkiem ładnie… - wzruszyła ramionami, próbując delikatnie rozładować napiętą sytuację. Rose natomiast schowała głowę w dłonie, opierając się o fortepian, przez co pomieszczenie rozbrzmiało przez chwilę sklejką niepasujących do siebie nut.
Oddychała równomiernie, próbując się uspokoić. Nerwy miała nadszarpnięte, a myśli były rozpędzone, nieskore do porządku. Co się z nią działo? Dlaczego w jednym momencie musiało ją dotykać tyle zagadek? Dlaczego nie mogła choć przez chwilę mieć spokojnych dni, gdzie mogła się powygłupiać z przyjaciółmi, a nie zastanawiać się nad kolejną tajemnicą? Dlaczego wciąż musiała się poznawać…?
Po chwili podniosła głowę i spojrzała z bezsilnością na Alice. Ta siedziała na fortepianie i patrzyła ze skupieniem na Rose. Wymieniały się tak spojrzeniem przez długi czas, do momentu, aż Morrison nie zeskoczyła z instrumentu i bezszelestnym krokiem podeszła do przyjaciółki i siadła obok niej. Zaraz bez żadnego słowa wzięła jej dłonie i położyła rozszerzone na klawiszach.
- Powiedz, co to za dźwięki. – Zażądała i powoli nacisnęła palce dziewczyny na poszczególnych płytkach.
- C, G, F, A, C  - odpowiedziała Rose, patrząc na nią z przerażeniem. Nie miała pojęcia, skąd znała oznaczenia klawiszy. Alice natomiast zrobiła z ust dzióbek, jakby się nad czymś zastanawiała, a następnie ponownie wydała polecenie.
- Zagraj jeszcze raz ten utwór. – Gdy to powiedziała, Rose bez żadnego słowa zrobiła to, co jej kazała. Drżącymi w emocji palcami naciskała klawiaturę, wygrywając nieznaną jej melodię. Alice patrzyła na jej dłonie, a następnie przymknęła oczy i wsłuchiwała się w muzykę. Gdy ta dobrnęła do końca, Ali spojrzała na nią z aprobatą i czekała, aż szatynka coś powie. Gdy ta jednak nie zabrała głosu, powiedziała:
- Więc mówisz, że nigdy się nie uczyłaś grać? – spytała z nutką niedowierzania. Rose natomiast spojrzała ze strachem na instrument.
- Nigdy. – Odpowiedziała. – A nawet jeśli, to jestem pewna, że pamiętałabym to.
- Hmmm… - zastanowiła się brunetka, przegarniając włosy do tyłu. – To jest trochę dziwne…
- Gdyby nie było nie widziałabym problemu. – Wyjaśniła Rose. Zaraz spróbowała przypomnieć sobie cokolwiek, co mogłoby ją naprowadzić na właściwy tor. Nie pamiętała, żeby uczyła się gry na fortepianie, nawet jako mała dziewczynka. Więc skąd umiała zagrać jakikolwiek utwór?!
- Wiesz chociaż, co to za piosenka? – spytała delikatnie Rose po minucie milczenia. Zaraz usłyszała prychnięcie.
- Ta „piosenka” – zaakcentowała Alice, mówiąc poważnym głosem. – To Walc Wiosenny Fryderyka Chopina – mugolskiego kompozytora. – Wyrecytowała niczym mantrę Morrison. – Był jednym z wielu popularnych w tamtych czasach wykonawców epoki romantyzmu. – Powiedziała, a zaraz spojrzała na zdziwioną Rosalie. – Moja mama uwielbia mugolskich kompozytorów – wyjaśniła. – Uważa, że czarodzieje nie mają w sobie tylu emocji, że są mniej wrażliwi, bo mają magię. Człowiek bez niej jest zmuszony wszystko robić sam, przez co docenia wszelką wartość. Przelewa to w swoje utwory, które mają więcej serca. Czarodziejskie kompozycje to zwykłe badziewie – stwierdziła, przepełniona emocjami. Rose natomiast próbowała cokolwiek zrozumieć z tego, co przed chwilą usłyszała.
- Więc skoro utwory tego Chotena… - zaczęła.
- Chopina – poprawiła ją natychmiastowo Alice.
- Właśnie, Chopina… - zgodziła się Rose i zaraz kontynuowała – były popularne w epoce tego romantyzmu… - zatrzymała się, aby dobrze ubrać to w słowa. – To kiedy to było? – dokończyła.
Alice zrobiła minę, jakby patrzyła na coś istnie brzydkiego.
- No oczywiście, że XIX wiek… - powiedziała, jakby to było coś naprawdę oczywistego.
Rose po raz kolejny musiała się nad tym zastanowić. Jak to było możliwe, że znała jakiś ponad stuletni, mugolski utwór? Nawet gdyby rzeczywiście się uczyła grać, co wydawało się kompletnie absurdalne, to za żadne skarby Gringotta nie grałaby kompozycji pozamagicznych muzyków. Jej matka nienawidziła mugolskiej sztuki, co uniemożliwiłoby jej córce poznanie jej walorów. Więc skąd do stu jednorożców znała ten utwór?
Odpowiedź była niesamowicie przerażająca i młoda Rosalie Collins nie była jeszcze gotowa, aby ją poznać…

***
Następnego wieczora, Mary siedziała samotnie w dormitorium i ostatni raz sprawdzała, czy jej skórzana kurtka jest wystarczająco dobrze zszyta. Jej jedna z ulubionej części garderoby została porwana dokładnie miesiąc temu, gdy wilkołak rozdarł ją wraz ze skórą dziewczyny. Blondynka przejechała palcami po fakturze golfu, który zakrywał jej już blade blizny. Zamknąwszy oczy, przypomniała sobie moment, w którym poczuła przeszywający ją do samego szpiku ból; moment, gdy zobaczyła oczy swojego napastnika. Mary nie potrafiła tego zrozumieć, ale miała wrażenie, że doskonale znała to spojrzenie. Rzecz wydawała się jej absurdalna, dlatego odgoniła od siebie niedorzeczną myśl…
Nagle do dormitorium weszła Lily. Tego dnia również jej oczy były pozbawione blasku, a twarz nie wyrażała żadnych emocji. Mary za każdym razem, gdy widziała Evans przypominała sobie siebie, w momencie gdy uświadomiła sobie, że jej rodzice zostawili ją i jej młodszą siostrę, zwiedzając świat…
- Cześć, Lily. – Przywitała się Mary, chowając potajemnie rękawiczki ze smoczej skóry pod kołdrę, żeby rudowłosa ich nie zauważyła.
- Hej. – Mruknęła bez emocji i siadła obok przyjaciółki. Westchnęła ciężko, zmuszona wykorzystać zaufanie Mary, po czym zaczęła grać swoją rolę.
- Mary, chciałam z tobą porozmawiać… - mówiła cichym, niewinnym, niemal skrzywdzonym tonem. McDonald spojrzała na smutną dziewczynę ze zdziwieniem.
- Tak, o co chodzi? – spróbowała zachęcić dziewczynę do rozmowy. Przegarnęła kosmyk włosów i spojrzała z wyczekiwaniem na rudowłosą. Ta doskonale udała, że nie wie, jak ma to powiedzieć.
- Chodzi o moich rodziców – stwierdziła, a Mary westchnęła. – I wiem, że tylko Ty jesteś w stanie mnie zrozumieć. – Wyjaśniła i z wymalowaną na twarzy goryczą dodała. – Czy chciałabyś się ze mną napić wina? Byłoby mi łatwiej…
- Oczywiście… jeśli ma ci to pomóc… - powiedziała Mary, a Lily poszła do kufra, gdzie miała naszykowaną specjalną butelkę. McDonald wiedziała, że nie może sobie pozwolić na dużo alkoholu, bo nie będzie w stanie pójść do Lasu i stanąć jeszcze raz naprzeciw rozwścieczonego wilkołaka…
Gdy Lily usiadła obok niej z powrotem na łóżku, wyczarowała dwa, szklane kieliszki. Zaraz stuknąwszy końcem różdżki w korek, otworzyła ciemnozieloną butelkę i nalała im dwie porcje.
- To za co pijemy? – spytała z uśmiechem Mary, gdy Lily podała jej zapełnione szkło.
- Za prawdę… - mruknęła Lily, a następnie stuknęły swoimi kieliszkami o siebie, przez co pomieszczenie przeszył brzęk szkła. Zaraz przyłożyły usta do naczyń i Mary pociągnęła łyk czerwonego wina. Za chwilę stało się coś, co Lily doskonale planowała – Mary upadła na ziemię, jak długa.
Do wina, które wcześniej naszykowała, dodany był Eliksir Słodkiego Snu, który pozwolił McDonald odpuścić sobie wycieczkę do Zakazanego Lasu. Lily wiedziała, że nie powinna była tego robić, jednak wiedziała, że jeśli Mary wyszłaby na spotkanie z wilkołakiem, mogłoby się to o wiele gorzej skończyć.
Wstała z łóżka i wyjęła ze swojej kieszeni małe lustereczko, które pożyczył jej James – był to kolejny, huncwocki sekretny przyrząd. Pozwalał na komunikację z osobą, która posiadała takie samo szkiełko. W tym momencie Lily wypowiedziała imię swojego chłopaka, po czym ujrzała w odbiciu jego twarz.
- Mary śpi. Remus może być spokojny – powiedziała do Jamesa, a ten słysząc to, uśmiechnął się szeroko, pokazując równe zęby.
- Szybka z pani agentka specjalna, pani Potter – zaśmiał się, a Lily parsknęła.
- Nie za szybko na takie decyzje, Potter? – uniosła jedną brew do góry.
- Człowiek zawsze lubi sobie pomarzyć – powiedział i zaraz dodał. – Dobra, uciekam, musimy go trochę pilnować, bo zaraz się zacznie. Pa – pożegnał się.
- James! – zawołała, żeby jeszcze nie odchodził.
- No?
Lily uśmiechnęła się do niego w ciszy i zaraz powiedziała:
- Uważaj na siebie.
Chłopak uśmiechnął się w jej ulubiony sposób, a potem dodał:
- Dla ciebie zawsze. Kocham cię.
Gdy jego słowa dotarły do jej podświadomości, twarz Jamesa już dawno zniknęła z odbicia. Lily siedziała na łóżku i myślała o tym, co się będzie tej nocy działo. Co działo się co miesiąc. Jej chłopak ryzykował zdrowie, szkołę, różdżkę i wolność dla swojego najbliższego przyjaciela. Złamał czarodziejskie prawo, aby być przy nim w chwilach cierpienia. Nie mogła trafić na lepszego chłopaka. James Potter był naprawdę dobrym człowiekiem. Jak wcześniej mogła tego nie zauważyć?
Spojrzała na leżącą na podłodze Mary i zauważyła wino rozlane na jej bluzce. Czerwona ciecz przypomniała jej o czymś istotnym.
Bijąc się z własnymi przekonaniami, zdecydowała się. Przyklęknęła przy nieprzytomnej, a następnie delikatnym ruchem, podwinęła bluzkę dziewczyny, dzięki czemu pierwszy raz zobaczyła to, co mogła sobie dotychczas tylko wyobrażać.




Zasklepione blizny zdobiły młode ciało dziewczyny. Rozciągały się prawego żebra i z pewnością prowadziły do lewego ramienia. Lily widząc ciało przyjaciółki, niemal wydała z siebie coś w rodzaju pisku. Widok był dla niej tak przerażający, że za chwilę naciągnęła z powrotem koszulkę na jej tułów i ruchem różdżki usunęła z niej czerwoną plamę po winie.
Zaraz ponownie użyła magii, aby ułożyć dziewczynę w jej łóżku. Lily patrzyła na nią i nie mogła uwierzyć, że kiedy ona nawet nie zdawała sobie sprawy, miesiąc temu, właśnie ta Mary wykrwawiała się pod drzewem. To był cud, że jeszcze była z nimi…
Gdy wszystko sprzątnęła, dziewczyna położyła się w swoim łóżku i wypiła duszkiem całą zawartość swojego kieliszka. Była tak tym wszystkim zmęczona, że jedyne o czym w tamtej chwili marzyła, był mocny sen. Eliksir Słodkiego Snu sprawił, że spała spokojnie i nic jej się nie śniło…

* Cytat ze strony internetowej http://www.temysli.pl/79872/Zmiany_sa_trudne.html

Witam, witam!
Przebrnęłam przez to, fanfary!
Ogólnie z rozdziału jestem raczej zadowolona, ale jestem bardzo ciekawa co Wy o nim sądzicie.
Nudząc się na Wosie i historii ułożyłam już szczegółowy plan wydarzeń na cały grudzień 1977, więc pisanie będzie mi szło o wieeeeele łatwiej ;)
Bardzo przepraszam wszystkich za zaległości na blogach, ale wiecie, jak to jest pod koniec semestru…
FLEX już za 2 tygodnie! Strasznie się denerwuję, nie mogę się doczekać, ale też się boję, że się nie dostanę… no ale cóż, czas pokaże :)
Z tego miejsca chciałabym złożyć najlepsze życzenia świąteczne dla moich kochanych czytelników. Bardzo Wam dziękuję za to, że tu jesteście i mnie wspieracie ;) Kocham Was, moją bloggerową rodzinę!
Jeśli nic nie dodam przed sylwestrem, to już Wam życzę szczęśliwego Nowego Yorku… znaczy Roku :D
Bardzo dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem <3
Kocham najmocniej
Buziaki :*



Layout by Neva